fot. Adam Kujawski
Marta Frankowska: Jak rozpoczęła się Pana przygoda z chóralistyką i co skłoniło Pana do wyboru właśnie tej muzycznej drogi?
Janusz Stanecki: Wszystko zaczęło się w 1979 roku, kiedy rozpocząłem studia w Akademii Muzycznej w Bydgoszczy, wtedy jeszcze filii PWSM w Łodzi. Śpiewałem oczywiście w wielu zespołach akademickich, ale szczególną rolę w rozbudzeniu tej pasji odegrał mój pedagog Wojciech Szaliński. Był on zapalonym chórmistrzem, podobnie jak jego ojciec – Antoni Szaliński, działający w Warszawie. Założył on w tamtym czasie chór przy Kościele akademickim Klarysek. Jako jego student z chęcią dołączyłem do zespołu, zasilając sekcję tenorów. Niestety, po roku Wojciech Szaliński odszedł z uczelni, a chór został bez dyrygenta. Chórzyści jednak chcieli dalej działać i śpiewać. Dlatego zdecydowałem się podjąć to wyzwanie. Nie było to łatwe, ponieważ w większości byli to moi koledzy ze studiów – a to zawsze jest najtrudniejsze, czy może raczej najbardziej wymagające.
Podczas czterech lat studiowałem pod kierunkiem trzech pedagogów. Pierwszym był Włodzimierz Perczyński, drugim Wojciech Szaliński, a przez ostatnie dwa lata kształciłem się u profesora Jerzego Zabłockiego. Już wtedy wszyscy wiedzieli, że coraz bardziej interesuję się chóralistyką, co było dla mnie nie lada wyzwaniem. W tamtych czasach nie było jeszcze takich jasnych podziałów jak dziś – na specjalność instruktorską i pedagogiczną. Bardzo uskrzydlał mnie wtedy kontakt z ludźmi i fakt, że mogłem już pracować nad konkretnym repertuarem. Myślę, że właśnie od tego wszystko się zaczęło.
MF: Jednak jednocześnie studiował Pan akordeon?
JS: Tak, ukończyłem liceum muzyczne w klasie akordeonu. Miałem też różne inne „przygody”. Przez dwa lata grałem nawet na waltorni, więc miałem wtedy dwa instrumenty główne. Na początku studiów moim nauczycielem był jeszcze pedagog ze szkoły średniej, ale później pojawił się młody wykładowca – pan Jerzy Kaszuba – i wtedy trafiłem do jego klasy. Jestem jednym z dwóch pierwszych jego absolwentów. Tak mniej więcej wyglądała moja przygoda na Wydziale Instrumentalnym. Było to trudne, ponieważ studiowałem dwa kierunki jednocześnie, ale udało mi się wszystko pogodzić.
MF: Ale to jednak chóralistyka skradła Pana serce?
JS: Tak, aczkolwiek akordeon dał mi muzykalność i poczucie frazy. To na pewno bardzo pomogło mi w późniejszej pracy chórmistrzowskiej.
MF: Czy miał Pan mentora lub osobę, która szczególnie wpłynęła na Pana rozwój muzyczny?
JS: Pierwszym był oczywiście prof. Jerzy Zabłocki. Mogę powiedzieć, że miałem dwóch, a nawet trzech mentorów. Spotkałem ich już po zakończeniu studiów, kiedy to rozpocząłem edukację na podyplomowym Studium Chórmistrzowskim w Bydgoszczy. Podczas tych studiów miałem okazję pracować z dwoma znakomitymi pedagogami: prof. Henrykiem Blachą z Łodzi oraz prof. Stanisławem Krukowskim z Wrocławia, który ukierunkował mnie również na muzykę dawną. To byli niesamowici, niezwykle muzykalni dyrygenci. U każdego z nich studiowałem przez rok. Dało mi to naprawdę bardzo dużo – i myślę, że mogę powiedzieć, iż przyczyniło się to do tego, że gdzieś tam w międzyczasie zostałem zauważony w Uczelni. Jeszcze wcześniej zostałem zaangażowany przez ówczesnego dziekana Jerzego Dubrowińskiego do pomocy przy prowadzeniu chóru Arion, działającego przy Filharmonii Pomorskiej w Bydgoszczy. Był to tzw. chór półzawodowy – bardzo dobry zespół, o którym dziś trochę zapomniano, że w ogóle istniał. A istniał aż do 1991 roku. Miałem tam okazję współpracować z wybitnym chórmistrzem – Antonim Rybką, który nauczył mnie prowadzenia dzieł wokalno-instrumentalnych. To doświadczenie było dla mnie niezwykle cenne. Po roku pracy zostałem współprowadzącym ten znakomity zespół.
Wszystko w tamtym czasie się zazębiało, bo wkrótce otrzymałem propozycję od rektora Romana Sucheckiego, by poprowadzić Chór Akademicki bydgoskiej Akademii Muzycznej. Poprzedni dyrygent zrezygnował dosłownie tydzień przed rozpoczęciem roku akademickiego. I tak zostałem rzucony na naprawdę głęboką wodę – w chórze wciąż byli moi koledzy ze studiów. Na pewno bardzo pomogło mi wcześniejsze doświadczenie z chóru Arion, gdzie miałem kontakt z dużymi formami wokalno-instrumentalnymi.
MF: Czy ma Pan obecnie jakiś muzyczny autorytet – osobę, która inspiruje Pana swoją twórczością lub podejściem do muzyki?
JS: Oczywiście. Obecnie są to najwybitniejsi dyrygenci chóralni. Powiem szczerze – zawsze podziwiałem prof. Henryka Wojnarowskiego, który prowadził Chór Filharmonii Narodowej. To dla mnie ogromny autorytet, chociaż obserwowałem tylko wyniki jego pracy, nie miałem przyjemności uczyć się u niego. Wielu świetnych dyrygentów pracowało w międzyczasie w naszym studium podyplomowym, m.in. prof. Ryszard Zimak, który potrafił powiązać działalność jako rektor Uniwersytetu Muzycznego Fryderyka Chopina z wielką pracą i pasją artystyczną, czym zawsze bardzo mi imponował. Inspirują mnie także moi koledzy ze studiów podyplomowych: Violetta Bielecka, Anna Szostak i Jan Łukaszewski.
MF: Jak wspomina Pan początki swojej kariery dyrygenckiej? Z jakimi wyzwaniami musiał się Pan zmierzyć jako młody chórmistrz?
JS: Tak jak już wspominałem, nawet w Chórze Kameralnym, który założyłem, chórzystami w większości były moje koleżanki i koledzy ze studiów. W pierwszym składzie zespołu śpiewali obecni pracownicy Akademii Muzycznej w Bydgoszczy – między innymi Elżbieta Szczurko, Aleksandra Kłaput-Wiśniewska, Marek Wawrzyniak, Michał Zieliński – niestety już nieżyjący. Wielu innych chórzystów to byli moi znajomi z Uczelni. To było duże wyzwanie, bo trzeba było przekonać ich do swojej koncepcji artystycznej. Na szczęście dość szybko udało się to wszystko poukładać. Już w drugim roku działalności chór zdobył w Szwajcarii I nagrodę w kategorii chórów mieszanych oraz III nagrodę w kategorii chórów żeńskich podczas festiwalu w Neuchâtel. To był początek bardzo aktywnej i intensywnej pracy. Później, mimo zmieniającego się składu, chór zawsze był doceniany. To były początki – bardzo wymagające, ale też niezwykle rozwijające. Z czasem było trochę łatwiej, chociaż zawsze podchodziłem do tego z ogromną powagą. Nigdy nie chciałem polegać wyłącznie na własnym doświadczeniu. Bardzo zależało mi na nieustannym rozwoju – uczestniczyłem w wielu kursach, seminariach, sympozjach dyrygenckich. Równie ważne było dla mnie wymienianie się poglądami na temat chóralistyki oraz zdobywanie doświadczenia poprzez udział w największych polskich festiwalach w Legnicy, Rumii czy Barczewie.
MF: Czy było jakieś doświadczenie, które uważa Pan za przełomowe w swojej karierze?
JS: Na pewno przełomem było moje zainteresowanie chóralistyką, które przełożyło się na pracę w Akademii Muzycznej w Bydgoszczy. Nie wspomniałem o tym wcześniej, ale już od 1983 roku – kiedy byłem jeszcze studentem – prowadziłem chór Akademii Techniczno-Rolniczej, czyli dzisiejszej Politechniki Bydgoskiej. Trwało to aż do 1989 roku, kiedy rozpocząłem współpracę z Akademią Medyczną, obecnym Collegium Medicum UMK. Chór Collegium Medicum to – obok Chóru Kameralnego – drugi bardzo ważny zespół w mojej działalności dyrygenckiej. Można powiedzieć, że prawdziwy przełom nastąpił w latach 1985/86. Wtedy zacząłem pracę na Uczelni, a jednocześnie znacząco wzrosła liczba koncertów oraz udziałów w konkursach – zarówno ogólnopolskich, jak i międzynarodowych. Z Chórem Kameralnym koncertowaliśmy w całej Europie. Pamiętam, że najdłuższe tournée trwało aż pięć tygodni. Dziś trudno sobie wyobrazić tak długie wyjazdy. Niestety, po pięciu latach pracy z chórem Arion musiałem zrezygnować. Gdyby spojrzeć na mój grafik z tamtego czasu, lepiej byłoby go nie wspominać – bywało, że od godziny 15:00 do 22:00 prowadziłem trzy próby z trzema różnymi zespołami. To był bardzo intensywny okres. Chór Arion wkrótce potem przestał istnieć – głównie z powodu zmian finansowania po roku 1991. Do dziś bardzo żałuję, że przy Filharmonii nie funkcjonuje żaden chór zawodowy. Wspominam tamte czasy z dużym sentymentem.
MF: Przejdźmy teraz do Pana najważniejszego zespołu – Chóru Kameralnego Akademii Muzycznej w Bydgoszczy. Jak narodziła się jego idea i jak wyglądały początki tej działalności?
JS: Kiedy prowadziłem wspomniany wcześniej Chór Akademicki, zebrała się grupa studentów, którzy chcieli zaangażować się w coś więcej niż tylko obowiązkowe zajęcia. Okazali się niezwykle aktywni i chętni do działania. Tak właśnie, w styczniu 1986 roku, odbyła się pierwsza próba Chóru Kameralnego. I tak cała historia od 1986 do 2020 upłynęła pod hasłem pracy artystycznej z Chórem Kameralnym, z czego jestem bardzo zadowolony. Bardzo się cieszę, że pomimo zmian w składzie zespołu, ze względu na rotację studentów, udało się wypracować i utrzymać przez lata wysoki poziom artystyczny zespołu.
MF: Prowadził Pan ten chór przez 34 lata. Czy trudno jest podjąć decyzję o przekazaniu tak znakomitego zespołu?
JS: Czy trudno było podjąć decyzję? Zawsze jest to trudne. Zależało mi na tym, aby przekazać Chór Kameralny komuś, kto będzie go prowadził z zaangażowaniem i na wysokim poziomie. W międzyczasie pojawiła się pani Magdalena Filipska – moja studentka, wieloletnia chórzystka Chóru Kameralnego, a później również moja asystentka. Od około 2017 roku zaczęliśmy wspólnie prowadzić koncerty, a nawet konkursy. Stopniowo pani Magdalena przejmowała coraz więcej obowiązków, aż w 2020 roku zakończyłem swoją pracę, z pełnym przekonaniem przekazując jej kierownictwo nad zespołem.
MF: Ale była to trudna decyzja?
JS: Na pewno. W życiu niejednokrotnie trzeba podejmować trudne decyzje – to była jedna z nich. Uważam jednak, że chóru nie powinno się prowadzić aż do późnej emerytury. Przeciwnie – to przestrzeń dla młodych dyrygentów. Tak, była to bardzo trudna decyzja, ale podjęta w pełni świadomie.
MF: Jak buduje się zgrany zespół chóralny? Co według Pana jest kluczem do dobrej współpracy?
JS: Na pewno bardzo ważna jest atmosfera panująca w zespole. Obecnie obserwuję pewien niepokojący trend, jeśli chodzi o zaangażowanie i odpowiedzialność chórzystów. Wielki wpływ ma tu świat cyfrowy, który głęboko zakorzenił się w świadomości młodzieży i studentów. Równie istotne jest to, co dzieje się poza samym śpiewaniem. Kiedyś wyjazd zagraniczny był dla chórzysty czymś wyjątkowym – w czasach, gdy Polska była za żelazną kurtyną, stanowił okazję do zobaczenia świata i poznania innych ludzi. Było to również ogromne wyzwanie organizacyjne. Dziś wygląda to inaczej, ale wspólne wyjazdy, spotkania integracyjne czy choćby otrzęsiny nadal mają ogromne znaczenie – szczególnie w chórze studenckim. To wszystko buduje więź, cementuje zespół i sprawia, że ludzie naprawdę chcą uczestniczyć w jego życiu. Ogromną satysfakcję daje mi widok byłych chórzystów, którzy dziś przychodzą z własnymi dziećmi na Poranki Muzyczne w Akademii Muzycznej. Mam świadomość, że udało mi się zaszczepić w nich miłość do muzyki, którą teraz przekazują dalej. Co ważne – wielu z nich nadal śpiewa, już w chórach osób dorosłych.
Kluczem do sukcesu jest również atmosfera podczas prób. Uważam, że próba nie może być „przegadana” – chórzysta musi czuć, że dyrygent jest kompetentny, muzykalny, słyszy, co się dzieje, i potrafi zmobilizować zespół do najlepszego wykonania każdego utworu. Największym wrogiem jest nuda. Dlatego liczą się nie tylko aspekty pozamuzyczne, ale też sposób prowadzenia prób. Bardzo ważna jest również życzliwość dyrygenta wobec ludzi. Dziś nie jest łatwo – nie ma wielu osób, które chcą poświęcać swój wolny czas mimo licznych obowiązków i pokus, jakie niesie współczesny świat. Próby chóru wymagają systematyczności i świadomego podejścia – chęci oraz zaangażowania we wspólne cele.
MF: Mówiliśmy już trochę o roli dyrygenta, ale czy są jakieś szczególne cechy, które powinien posiadać chórmistrz? Cechy charakteru?
JS: Przede wszystkim – życzliwość wobec ludzi. Dyrygent nie może wytykać błędów. Mogę zwrócić uwagę głosowi, ale nigdy konkretnej osobie. Zdarzają się różne sytuacje – często ci, którzy mają najmniejsze możliwości słuchowe, są najbardziej zaangażowani. Życzliwość ze strony dyrygenta ma tu ogromne znaczenie, choć czasami trzeba – z szacunkiem, ale stanowczo – zakończyć współpracę. To niezwykle trudne, ale czasem konieczne. Ważne jest również indywidualne podejście. Każdy chórzysta to inna osobowość, inne doświadczenia. Zdarza się, że dzielą się z dyrygentem swoimi problemami. Wtedy warto poszukać rozwiązań i po prostu pomóc.
MF: Jakie błędy początkujących dyrygentów dostrzega Pan najczęściej?
JS: Największym błędem, który dostrzegam, jest brak gruntownego przygotowania się do próby. Chór, nawet najbardziej amatorski, od razu wyczuje, czy dyrygent jest przygotowany, czy nie. To jest bardzo ważne – kiedy staję przed chórem, muszę coś reprezentować. Niestety, dziś – w dobie ograniczania pewnych przedmiotów – obserwuję także brak umiejętności podgrywania na instrumencie podczas próby. Wymaga to oczywiście pewnego doświadczenia i skupienia, ale jest to bardzo ważna umiejętność.
Kolejnym problemem jest „przegadywanie” prób. Próba musi mieć konkretny cel i tempo oraz dawać widoczny efekt – chórzyści chcą czuć, że zrobili postęp. I co równie istotne: dyrygent, który opuszcza uczelnię, powinien dyrygować tak, by zrozumiał go każdy zespół – nie tylko ten, który jest przyzwyczajony do jego gestów dyrygenckich.
MF: Jaką jedną radę dałby Pan młodym dyrygentom chóralnym?
JS: Ktoś kiedyś powiedział, że nie ma złych chórów – są tylko źli dyrygenci. I ja się z tym absolutnie zgadzam. Widziałem to wielokrotnie: wystarczy naprawdę dobry dyrygent, a nawet najbardziej amatorski zespół będzie śpiewał pod jego ręką dobrze. Wcale nie chodzi o to, że mając chór amatorski o ograniczonych możliwościach, powinienem sięgać po wielkie, skomplikowane dzieła. Przeciwnie – repertuar należy dostosować do możliwości zespołu, a nie do ambicji dyrygenta. I może to właśnie jest ta rada: przede wszystkim możliwości chóru, nie ambicje dyrygenta.
Oczywiście, to nie znaczy, że trzeba być zachowawczym. Chór musi się rozwijać. Jak mówił mój profesor, Jerzy Zabłocki: „Proste wykonawczo, lecz starannie wykonane i z zapałem zaśpiewane utwory wywrą zdecydowanie lepsze wrażenie niż niedorobione arcydzieła”.
MF: Dziękuję za rozmowę.